ANNA KAMIEŃSKA

(1920-1986), żona Jana Śpiewaka, poetka; w liryce osobistej i refleksyjnej, charakteryzującej się zwięzłością formy, konkretnością obrazowania, częstymi stylizacjami modlitewnymi, przywoływała obrazy ludzkiego cierpienia, samotności, śmierci; m.in. zbiory Wychowanie (1949), Drugie szczęście Hioba (1974), wybór Milczenia i psalmy najmniejsze (1988); szkice lit. o współcz. poezji lud. (Pragnąca literatura 1964), szkice rel., poświęcone Biblii (Twarze księgi 1981); opowiadania, utwory dla dzieci i młodzieży, także o tematyce bibl. (Książka nad książkami 1985); antologie przekładów poezji lud., m.in. bułg. (Oj, lesie, lesie zielony 1956, z mężem) i ros. (Piołunowe ziele 1961); przekłady psalmów (tom Do źródeł 1988).



WIERSZE

  • Chwila
  • Do przyjaciół
  • Droga
  • Emaus
  • Koncert
  • Małżeństwo
  • Pan Dymek
  • Powietrze
  • Prośba
  • Rzeźba
  • Studnia
  • Śmieszne
  • Ząb



    Małżeństwo

    Że tak im było dane
    zestarzeć się jak świątkom przy drodze
    tak samo spróchniali
    tak samo
    poorani mrozem i zawieją

    Że tak im dozwolono
    iść serce w serce
    biodro w biodro
    zmarszczka w zmarszczkę

    Że tak im darowano
    istnieć w sobie podwójnie
    i milczeć wzajemnie

    Że tak im dopuszczono
    by nawet w sen wchodzili razem
    on ją obejmował na poduszce
    by o kamień snu nie zraniła stopy

    Że tak ich wysłuchano
    aby to on
    czerwone jabłko niósł jej do szpitala
    i ukląkł w jej ostatniej łzie

    Na górę

    Śmieszne

    Jak to jest być człowiekiem
    spytał ptak
    Sama nie wiem
    Być więźniem swojej skóry
    a sięgać nieskończoności
    być jeńcem drobiny czasu
    a dotykać wieczności
    być beznadziejnie niepewnym
    i szaleńcem nadziei
    być igłą szronu
    i garścią upału
    wdychać powietrze
    dusić się bez słowa
    płonąć
    i gniazdo mieć z popiołu
    jeść chleb
    lecz głodem się nasycać
    umierać bez miłości
    a kochać przez śmierć
    To śmieszne odrzekł ptak
    wzlatując w przestrzeń lekko

    Na górę

    Droga

    Panie nasz
    Jak szedłeś sam
    przez ciasto życia
    przez Matkę i Józefa
    Annę Symeona
    Jana Szymona
    Martę Marię Łazarza
    przez ślepych opętanych
    trędowatych
    przez Nikodema
    Judasza
    Piłata
    łotrów obu
    Szawła
    Jak idziesz wciąż
    przez nasze ciała
    Tak ja niech pójdę
    Przez spotkanego na wąskiej kładce
    przez tego co biegł za mną brzegiem morza
    tego co pryskał śliną gadulstwa
    i nieśmiałego który mówił nic nie mówiąc
    przez czyste oczy małego chłopca
    przez babkę obok której klękam
    nawet przez tego pana na ulicy
    który nieznacznie sięga ręką w śmietnik
    szukając niedopałków
    przez tego co pożycza pieniądze na wódkę
    tego któremu się ręki nie podaje
    także któremu wszystkie ręce klaszczą
    przez niemądrą dziewczynę o fioletowych paznokciach
    przez kłótliwą zacietrzewioną urodę
    i przez cienistą brzydotę
    przez matkę
    matkę matki
    i przez syna
    Do Ciebie

    Na górę

    Emaus

    Nie poznajemy
    nigdy do końca
    nigdy na pewno
    Wydaje się
    ale już nie
    Serce pałało
    ale ochłodło
    Czy to On
    milczy
    Czy to Ty
    Znika
    Zawsze jest tylko chleb
    ręce i gest
    Twarz coraz inna
    coraz nowa twarz
    Ma się ku wieczorowi
    a dzień się nachyla
    pora spoczynku
    woda wino chleb
    Czemuście nie spytali wprost
    nie pochwycili Go za nogi
    rąk nie trzymali
    cienia nie przywiązali do ławy
    Stoimy tak uczniowie
    którzy nie doszli do Emaus
    a ręce ciążą
    od zdumienia
    Czy to On
    był
    na pewno
    gdzie
    Slady zamiotła noc
    czym prędzej
    nieśmy innym
    pewność niepewności

    Na górę

    Rzeźba

    Kamień urodził kamień.
    Wezbrała mlekiem pierś kamienia.
    Na udach krzepła strużka krwi.
    Rano u nóg posągu
    Leżało chłodne śpiące dziecko granitu
    w pieluchach jesiennych liści.

    Na górę

    Ząb

    Na całej ziemi
    została ona jedna
    w domu dla starców
    ze swoim kubkiem z fajansu,
    z kuferkiem
    zamkniętym jak oko sowy.
    W tym kuferku
    leży mleczny dziecinny ząb
    na dnie

    Na górę

    Powietrze

    Przemieszałem się z nim
    pastwiskiem ptaków.
    Każda żyłka mego ciała jest dnem
    lekkiego oceanu.
    Oddycham
    odciskam w powietrzu kształt krwi.
    Odchodzę.
    Poprzez moje tysiączne sarkofagi
    furkoczą ptaki.

    Na górę

    Do przyjaciół

    Źle źle się starzejemy przyjaciele
    tak się czepiamy piachu dni
    tak się boimy zim jesieni
    przeszłość nam idzie za plecami
    lufami karabinów nas popycha
    a palec światła wyczesuje z mroku

    Czekając aż się zacznie życie
    źle źle się starzejemy przyjaciele
    z głową wstecz obróconą nie zdążymy
    Schodzimy z wolna z twarzą starych dzieci
    młodością poorani głodami niesyci
    zdziwieni
    że raz jeszcze nikt nie ocaleje

    Na górę

    Prośba

    Boże przywróć rzeczom blask utracony
    oblecz morze w jego zwykłą wspaniałość
    a lasy ubierz znowu w barwy rozmaite
    zdejm z oczu popiół
    oczyść język z piołunu
    spuść czysty deszcz by zmieszał się ze łzami
    nasi umarli niechaj śpią w zieleni
    niech żal uparty nie wstrzymuje czasu
    a żywym niechaj rosną serca od miłości.

    Na górę

    Chwila

    Dana jest tylko chwila
    a teraz rzuć się w jej bezdenną głąb
    krąż wokół niej jak wskazówka zegara
    jak ramię cyrkla bierz z niej miarę

    Ciągle mówimy by nic nie powiedzieć
    a chwila i tak zaskakuje naszą krew bez zwiastowania
    komórki ciała przekazują ją sobie jak ból

    Wieczne odpoczywanie nam
    w chwili

    Na górę

    Koncert

    Grały żaby w błocie.
    Jedna na fagocie,
    druga na flecie,
    trzecia na klarnecie.
    Czwarta, jak to żaby,
    na skrzypcach aby-aby.
    Piąta na fortepianie.
    Szósta na mandolinie,
    siódma na okarynie,
    ósma mamo kochana,
    ćwiczyła na organach.
    Dziewiąta na wiolonczeli,
    a jakże, żebyście wiedzieli.
    Dziesiąta, tak jak wy czasami,
    biła w bęben pałkami.
    A jeszcze te szpinety,
    dzwonki i kastaniety,
    gongi, basy, harmonie,
    organki i fisharmonie!
    Aż taki się zrobił hałas,
    że chyba uciekać zaraz!
    Tylko dzieci i poeci
    stali na brzegu strumyka
    i zachwycali się,
    jak to dzieci i poeci:
    - Ach, jaka piękna muzyka!

    Na górę

    Pan Dymek

    Kreska, kreska, kółeczko,
    rysuję tu słoneczko.
    Pod słoneczkiem jest dom.
    Oto on.
    Rysuję okna, dach,
    komin czarny aż strach.
    Z komina leci dym.
    Dym ma nos, oczy, minę.
    To nie dym.
    To pan Dymek.

    Na górę

    Studnia

    Nie ma tego złego
    co by na milczenie nie wyszło
    nie ma tego dobrego
    co by nie umilkło
    nie ma tego szczęścia
    co by nie zapłakało
    i cierpienia tekiego
    co by nie utulało
    i jest nad studnią mowy
    prawda rozkołysana
    śmiertelna jak wesele
    a wesoła jak rana

    Na górę








  • Rozmiar: 2030 bajtówNa główną stronę

    Antologia poezji